Wielka polityka z Wojewódzkim i Cejrowskim w tle

Tomasz Betka

Kilka tygodni temu Jacek Kurski podzielił się w rozmowie z „Wprost” swoją diagnozą na temat ostatnich wyborczych niepowodzeń PiS-u. Stygmatyzuje nas popkultura: Wojewódzki, Figurski i „Szkło kontaktowe” – przekonywał europoseł. Czy sposób patrzenia na świat partii Kaczyńskiego jest rzeczywiście wyśmiewany w przygniatającej części szeroko pojętych mediów rozrywkowych? I czy serial i kabaret faktycznie decydują o tym, kto zasiada w ławach na Wiejskiej?

SPOT_3_069 (1338 x 886).jpgfot. TVN



Najgroźniejszą bronią w Polsce nie jest wcale „nienawistne słowo”, tylko obśmianie. I nie da się już dzisiaj wygrać wyborów, jeśli partia nie stworzy własnych sitcomów, seriali, szydzącego z konkurencji showmana i życzliwych kabaretów. Słowem: trzeba podjąć rywalizację na poziomie popkultury. W ten sposób widzi dzisiejszą politykę „flagowy” PiS-u – Jacek Kurski. I choć w pierwszej chwili jego hipoteza może się wydać lekko zabawna, warto się nad nią głębiej zastanowić. Bo faktycznie – pierwowzorów Jarosława Kaczyńskiego czy Zbigniewa Ziobry w popularnych mediach nie ma zbyt wielu…

Prawica na tropie Kuby?
Marcin Wolski, publicysta „Gazety Polskiej”, nie ma wątpliwości, że media promują w Polsce wartości związane z szeroką pojętą lewicą, chociaż w skali świata proporcje bywają zachwiane jeszcze bardziej. – Tyle że za granicą media są w większym stopniu zależne od odbiorcy. Trudno jest określić, kto dokładnie jest odbiorcą prawicowym, a kto lewicowym, ale załóżmy, że obydwie grupy są mniej więcej tak samo liczne. Tymczasem proporcje w mediach rozkładają się dziewięć do jednego na korzyść lewicy. Dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że stacja CNN, bardzo reprezentatywna dla tamtejszych elit, w istocie ma w Stanach dwukrotnie mniejszy odbiór niż Fox News, który jest właśnie prawicowy. A dzieje się tak dlatego, że w Ameryce nikt sobie nie pozwoli, żeby zlekceważyć tak znaczący odłam społeczeństwa – uważa dziennikarz.

O „polityzacji” polskich mediów opowiada również Rafał Ziemkiewicz, choć zdecydowanie zaprzecza, aby starcie wartości było rywalizacją PiS-u i PO. – To partie polityczne odwołują się do podziału, który istnieje w społeczeństwie. Nie interesuje mnie to, czy powinien być jakiś PiS-owski Wojewódzki, takie myślenie jest dość prymitywne. Natomiast mówienie w Polsce o jakichkolwiek mediach komercyjnych jest zwykłą fikcją. Spójrzmy, co działo się z filmem o Wałęsie, który zrobił TVN i który niewątpliwie stałby się komercyjnym hitem. Tyle że produkcja cały czas leży w piwnicy, bo stacja nie chce się narazić władzy. To dla TVN-u ważniejsze niż czysty, komercyjny sukces – komentuje publicysta „Rzeczpospolitej”. Jego zdaniem media podążają w dużej mierze za nastrojem społeczeństwa. Istnieje bowiem rodzaj dziennikarskiego populizmu, który polega na tym, że dziennikarz powie widzom wszystko, co z dużą dozą prawdopodobieństwa wywoła ich oklaski. – Gdyby Tomasz Lis pracował w niemieckich mediach w latach 30., wygadywałby straszne rzeczy o Żydach tylko dlatego, że niemieckie społeczeństwo było przekonane, że Żydzi mu bardzo szkodzą. Tak samo jest z żartami o Kaczyńskim: każdy żart z prezesa PiS-u chwyta, żarty z Donalda Tuska – nawet jeśli bardzo celne – nie łapią, bo ludzie go kochają i nie chcą się z niego śmiać – tłumaczy Ziemkiewicz.

Wojewódzki i zimna kalkulacja
Nie jest on jednak pewien, na ile Majewski czy Wojewódzki wpływają na wynik wyborów. – Nie stawiałbym ich zresztą w jednej płaszczyźnie. Szymon Majewski po prostu robi sobie jaja, częściej z Kaczyńskiego, bo być może jest wdzięczniejszym tematem do żartów niż teflonowy Tusk z maską na twarzy. Co innego Wojewódzki, który zapisuje się do komitetu poparcia SLD albo wygłasza w swoim programie mowy o tym, że patriotyzm jest czymś obrzydliwym i oddala nas od Europy. To jest facet, który został celebrytą w sztuczny sposób, a w swoich programach chce coś ugrać. Co więcej, często mu się udaje, bo robi to z dużą znajomością rzeczy, a do tego „na zimno”, cynicznie – analizuje dziennikarz.
Czy faktycznie może to wpłynąć na czyjeś poglądy polityczne? – Nie ma fachowca, który mógłby z całą pewnością powiedzieć, jakie jest przełożenie społecznych nastrojów na głosowanie. To są naprawdę dziwne i skomplikowane mechanizmy. Zresztą dobrze, że tak się dzieje, bo gdyby je dokładnie poznano, demokracja nie miałaby żadnego sensu; wszystkim można byłoby sterować – zwraca uwagę Rafał Ziemkiewicz.

Kaznodziejskość i martyrologia
Odmienne zdanie na temat rzeczywistości polskich mediów rozrywkowych ma komentator „Polityki” Wiesław Władyka. Nie ukrywa, że trudno byłoby mu sobie wyobrazić Kubę Wojewódzkiego po stronie takiego polityka jak Kurski, który przynależy do świata silnie „napomadowanego”, przejętego samym sobą, gdzie wszystko i wszystkich traktuje się bardzo serio. – Do PiS-u lepiej pasuje na przykład Wojciech Cejrowski, czyli ktoś obdarzony ekspresją i łatwą narracją telewizyjną. Nawet z wdziękiem do dowcipkowania, ale jednak w służbie ideowej i politycznej. To zupełnie inny styl niż ten charakteryzujący tak zwanych medialnych swawolników. Kiedy wyobrażam sobie kaznodziejskość seriali, które bez przerwy wracałyby do ran martyrologicznych, rozprawiały o wszystkim z wielką powagą i troską o ojczyznę, to naprawdę się cieszę, że nie muszę ich oglądać – przyznaje Władyka. Dodaje on również, że poza „nieprawdopodobną nudą”, musiałyby w tych programach pojawić się także jakieś obrazy i figury nienawiści w stosunku do innych. – Ten rodzaj wynoszenia wielkich wartości na piedestał powoduje, że się szuka kogoś, kto do tego nie pasuje. Nie widzę jednak zbyt dobrze konwencji serialu, w którym dziadkowie, rodzice, dzieci i wnuki wzruszają się na przykład z powodu rocznicy powstania warszawskiego, a nagle pojawia się na ekranie jakiś pijany czarny charakter i krzyczy: „a po cholerę było to całe powstanie” – analizuje publicysta „Polityki”.
W jego opinii ludzie oglądają seriale nie jako obraz życia, ale jako rodzaj bajki, opowieści. I niekoniecznie chcą, aby odbijały się w niej ich rzeczywiste kłopoty. – W serialu nie pojawi się na przykład ksiądz pedofil, bo byłoby to zbyt mocne. Ksiądz musi być zawsze miły i sympatyczny, może sobie pozwolić co najwyżej na wypicie jakiegoś drinka. I tylko na takie szaleństwo go stać. Wszystko jest w serialach w konwencji ciepła i prawdziwej troski o człowieka. Jak jest choroba, to się z niej wychodzi. A szybka śmierć zdarza się zazwyczaj wtedy, gdy jakiś aktor wypadnie z serialu. Poza tym ma być miło i przyjemnie – obrazuje istotę sitcomowych produkcji Wiesław Władyka.

Syndrom oblężonej twierdzy
Również medioznawca Maciej Mrozowski jest sceptyczny wobec idei stworzenia „propisowskich” kabaretów. – Ta partia nie toleruje szyderstwa i kpiny z samej siebie. Kaczyński nie będzie śmiał się z własnej osoby, podobnie jak pani Kępa czy pan Kurski. Oni są po prostu zbyt nadęci, smutni i poważni – wszystko, co prezentuje Wojewódzki, uważają za obrazę i najchętniej od razu poszliby z tym do sądu – uważa profesor. I zwraca uwagę, że dowcip Cejrowskiego ma inny charakter niż kpina gwiazd TVN-u. – Cejrowski kpi bezpośrednio. To jest szyderstwo na granicy obrażania, taka satyra dla ubogich, którzy w ten sposób leczą swoje kompleksy. A dobra satyra powinna być rodzajem dystansowania się do rzeczywistości, bez przesądzania, co jest wyższe, a co niższe. Obśmiewanie świata w wersji Cejrowskiego jest formą osądzania i poniżania rzeczywistości, próbą pokazania, że ona jest poniżej mnie – ocenia Mrozowski.
Na ile prawdziwa jest sugestia Kurskiego, że media hołdują wartościom lewicowo-liberalnym? – PiS to partia, która zawsze będzie przekonywać społeczeństwo, że ktoś jej przeszkadza. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy kierownictwo PiS-u rzeczywiście miało powody do niezadowolenia: część polityków zginęła w katastrofie, partia przegrała kolejne wybory. Ale nawet wówczas, gdy Jarosław Kaczyński sprawował rządy, miał swojego prezydenta, Krajową Radę Radiofonii i Telewizji oraz podporządkowane sobie media publiczne, partia rozkręcała lustrację i wszędzie widziała spisek. To po prostu formacja, która cierpi na syndrom oblężonej twierdzy – przekonuje medioznawca.
Maciej Mrozowski twierdzi zarazem, że „czystej polityki” jest w serialach jak na lekarstwo, bo zniechęciłaby ona część widzów o innych poglądach. – Dlatego, jeśli już porusza się w nich kwestie polityczne,  to raczej poprzez stawianie pytań, a nie udzielanie odpowiedzi. Gdy idą wybory, któraś z serialowych postaci może na przykład powiedzieć: „Wybierasz się głosować? To dobrze, głosuj, tylko mądrze. Wybierz właściwych ludzi”. Nie padną natomiast żadne bliższe określenia, a dopiero taki zabieg byłby stronniczy – tłumaczy profesor. Nie jest on natomiast pewien, czy seriale odnoszą się negatywnie do wartości konserwatywnych. – One generalnie respektują tradycję, ale to nie oznacza, że wyłącznie tradycję konserwatywną. Zdarzają się przecież postacie wyznające poglądy liberalne, nawet w „Klanie” mamy kobiety, które permanentnie żyją na kocią łapę czy singli, którzy prezentują zupełnie inny model rodziny, a nie są to przecież osoby skazane na potępienie w tym medialnym świecie – nie cierpią „za karę” na gruźlicę, nie przejeżdża ich samochód – komentuje medioznawca.

„Opozycyjna” popkultura?
Mrozowski zaznacza również, że postęp cywilizacyjny i modernizacja społeczna sprawiają, że tradycyjna lewica maleje, a klasa średnia nie ma jednoznacznego oblicza politycznego – jest trochę prawicowa i trochę lewicowa, trochę konserwatywna i trochę postępowa. – Rozrasta się z kolei niższa warstwa klasy średniej. A tworzący ją ludzie nie mają lewicowych poglądów, częściej są już radykalnie prawicowi. Bliżej im do wartości Kościoła niż do proletariatu – podsumowuje.

Jaki wniosek wypływa z tych przemyśleń dla diagnozy Jacka Kurskiego? Wydaje się poza dyskusją, że rywalizacja na poziomie kultury masowej powinna być dla partii politycznej jednym ze sposobów dotarcia do wyborców. Zdecydowanie mniej oczywista jest już potrzeba poszukiwania własnych kopii „opozycyjnych” celebrytów i moderatorów popularnych programów rozrywkowych. Zwłaszcza kiedy ich styl prezentowany na wizji jest zaprzeczeniem dużej części wartości, o jakich głośno mówi cytowany polityk. Z drugiej strony – jak twierdzi Marcin Wolski – wizerunek ma w dobie telewizji przynajmniej taki sam wpływ na wyborców, jak argumenty i stojąca za nimi osoba.


współpraca: Aleksandra Siemiradzka, Marta Dudek, Karolina Żelechowska